Ciemność, widzę ciemność, ciemność widzę…1
Nie zapalam światła, bo wymagałoby to ode mnie jakiejś interakcji z rzeczywistością, a na to nie mam już dzisiaj siły. Jedyne, co widzę, to mała, czerwona dioda telewizora. Patrzy na mnie z przeciwległej ściany jak oko złośliwego cyborga, sygnalizując stan czuwania.
Mam na imię Aleks, lat trzydzieści siedem. W tym wieku wypadałoby mieć już dom, posadzone drzewo, jakieś dziecko lub przynajmniej zasądzone zbyt wysokie alimenty – coś, co nadaje egzystencji jakikolwiek realny ciężar gatunkowy.
Zamiast tego mam ten apartament – przeszklone akwarium na osiemnastym piętrze, z którego obserwuję Warszawę niczym dogasające ognisko. Moje mieszkanie to ołtarz minimalizmu, na którym codziennie składam w ofierze resztki swojego entuzjazmu. Sofa, na której siedzę, została idealnie wyprofilowana, by wspierać kręgosłup człowieka pozbawionego tego moralnego.
W betonowej wnęce garażu podziemnego stoi czarne Audi S5 Sportback. Najnowszy rocznik, wciąż pachnie świeżością linii montażowej. Pod maską drzemie stado ponad trzystu pięćdziesięciu koni mechanicznych, które tylko czekają, by zamienić paliwo w przyspieszenie. To jedyna forma mocy, jakiej jeszcze ufam – ta mierzalna w niutonometrach. Napęd na cztery koła daje mi złudzenie pełnej kontroli nad torem jazdy. W przeciwieństwie do życia, gdzie nie panuję nad żadnym zakrętem. W środku skóra, wirtualny kokpit i system nagłośnienia, który potrafi zagłuszyć nawet najbardziej natrętne myśli.
Obok stoi Ducati, równie czarne, równie bezużyteczne w korkach na Marszałkowskiej, ale niezbędne jako kolejny rekwizyt w moim teatrze pozorów. Zawsze, gdy odpalam silnik, basowy mruk wydechu rezonuje w moich trzewiach, zagłuszając na chwilę to rytmiczne wycie w środku głowy.
Jesteśmy trzema doskonale zaprojektowanymi maszynami, które nie wiedzą, dokąd jechać, ale potrafią to zrobić w rekordowym tempie. Stać mnie na szybką ucieczkę od samego siebie, choć ostatecznie i tak zawsze ląduję w tym samym punkcie.
Służbowo Aleksander Wierkan – dyrektor kreatywny agencji reklamowej, czyli luksusowy konserwator powierzchni płaskich w ludzkich mózgach. Zajmuję się produkowaniem pragnień u tych, którzy mają wszystko, czego potrzebują, by przeżyć, ale nie mają nic, co nadałoby temu przeżyciu sens. To zabawne, że płacą mi za to tak absurdalne pieniądze. Praca daje mi finansowe bezpieczeństwo, ale w zamian wyżera od środka, zostawiając jedynie sprawnie działający mechanizm kalkulujący zyski i straty.
I to by było na tyle, gdyby ktoś chciał sporządzić mój bilans otwarcia. Oto cały ja.
Aaa, byłbym zapomniał o najważniejszym. Mam prywatną opiekę medyczną, która gwarantuje mi, że umrę zdrowy. Tak jak osobisty medyk Hitlera, mój Morell nie bawi się w moralizowanie czy szukanie przyczyn stanów depresyjnych. On zajmuje się logistyką biochemiczną. Jest inżynierem mojego nastroju. Kiedy do niego idę, nie rozmawiamy o smutku – smutek jest nienaukowy. Mówię o spadkach napięcia, błędach w przesyle dopaminy czy awarii systemu operacyjnego głowy.
Morell otwiera wtedy swój magiczny kajet i wypisuje mi przepustki do normalności. Psychotropy nowej generacji, czyste jak łza, drogie jak części do Audi. Dzięki nim w ogóle otwieram oczy, gdy budzik próbuje mnie wyciągnąć z niebytu. Jedna tabletka rano, bym przestał widzieć świat jako czarną dziurę. Druga w południe, bym potrafił znieść widok moich klientów i nie zaczął krzyczeć w trakcie prezentacji. Trzecia wieczorem, bym mógł udać się na polowanie – zakończone, też często dzięki Morellowi, beznamiętną kopulacją.
Aktualnie, pewnie jakoś między drugą a trzecią nad ranem, ostatnia dawka białego cudu przestała działać. Czekam na sen, ale on jest dla ludzi, którzy nie boją się tego, co zobaczą pod powiekami.
Jestem produktem premium w świecie, który kocha opakowania, lecz brzydzi się zawartością. I to obrzydzenie jest wzajemne. To jest właśnie ten szczyt, na który tak uparcie się wspinacie w swoich korporacyjnych biurowcach. Pierwsza klasa donikąd.
Serdecznie zapraszam.
Nie przejmuj się, wszyscy są zdesperowani. Niektórzy wydają się nie mieć z tym problemu. Nie rozumiem, o co ten cały szum, mówią, mnie życie wydaje się proste.
A są tak przerażeni, że nawet nie mogą się temu przyjrzeć.2
- Seksmisja, reż. i scen. Juliusz Machulski, Studio Filmowe Kadr, Polska 1983.
- D.R. Hawkins, Technika uwalniania, Wydawnictwo Virgo, Warszawa 2016, s. 13.